Już przetrwawiłam, doszłam do wniosku, że mi to wisi. Tylko jeszcze nie wiem, jak zareaguję w przypadku bezpośredniej konfrontacji, gdy będę musiała spojrzeć mu w oczy. Ale będzie dobrze, prawda? Zresztą, szczerze mówiąc, to nawet nie mam czasu się nad tym dłużej zastanawiać. Jest tyle innych rzeczy do zrobienia.
A na razie porządkuję. Zapisuję listy rzeczy do zrobienia, szukam celu w życiu, idealnej równowagi pomiędzy tym co ważne, a tym co przyjemne, tym czego chcę, a co muszę. Próbuję oderwać się od złych myśli, przestać żałować czego nie mogę dostać, a cieszyć się z tego co mam. Bo chyba powinnam. I nie dopuszczać do siebie strachu, że to wszystko się skończy.
Pracuję nad sobą, szukam pozytywnych stron, jestem optymistką, przynajmniej staram się być. Nie przejmuję się wszystkim aż tak bardzo, tylko troszeczkę. Panuję nad emocjami, zazwyczaj. Powstrzymuję się od gniewu, nie dopuszczam do wybuchów złości, prawie się udaje. Ale i tak robię postępy. Obecny spokój wewnętrzny jest dużym osiągnięciem, po całkowitym rozstrojeniu nerwowym w trakcie toksycznego związku z A.
Jestem neurotyczna. Boję się ludzi, nie cierpię dotyku. Jestem nieśmiała. Mam swoje rytuały, nie lubię gdy coś mi je burzy. Porządkuję wszystko, bo nie umiem myśleć w chaosie. Chaos mnie niepokoi. Zwłaszcza chaos w mojej głowie. A pisanie pomaga. Układa wszytko, pozwala przemyśleć i zastanowić się nad sobą. A gdy wracam do starych zapisków, to czuję ile emocji zostało zamienionych na bajty i zakodowanych w ASCII.
Jestem bałaganiarą. Robię wszystko na ostatnią chwilę. Jestem ambitna do przesady i dążę do perfekcji w każdej dziedzinie. Tylko, że brakuje mi zapału do doprowadzenia planów do końca. Jestem przywódcą, umiem zarządzać ludźmi. Lubię decydować i mieć ostatnie słowo. Pod warunkiem, że nie muszę podejmować trudnych i niewygodnych decyzji.
Jedna wielka sprzeczność. Może najwyższy czas pogodzić się z tym, jaka jestem i po prostu żyć? Bo w końcu kto jest normalny, w tym szalonym świecie?